A jak Ames Bros - kronikarze legendy

Bohaterowie niniejszego artykułu poza środowiskiem pozostają anonimowi, choć z koncertu na koncert dokumentują historię jednego z najważniejszych zespołów w historii rocka. Plakaty Ames Bros to dla fanów  relikwie osiągające na aukcjach kolekcjonerskich zawrotne ceny. Dziś, po piętnastu latach współpracy można śmiało powiedzieć, że Barry Ament i Coby Schulz - założyciele Ames Bros - są dla Perl Jam tym, kim dla Pink Floyd był legendarny Storm Thorgerson. Manifest grunge’owej supergrupy przełożyli na język obrazu tak wiarygodnie, że członkowie Ten Club - oficjalnego fanklubu Pearl Jam - zapytani o to, za co najbardziej cenią swoich idoli, szatę graficzną wymienili na trzecim miejscu, zaraz po płytach i trasach koncertowych. Okładki albumów Yield i Vitalogy nominowano do nagród Grammy co dało pracowni niezależność i pozwoliło przebierać w zleceniach najbardziej prestiżowych marek. Czy można chcieć czegoś więcej?

Sami zainteresowani podchodzą do swoich osiągnięć beztrosko. Nie raczą młodych adeptów projektowania opowieściami o “tytanicznej pracy” oraz “ciężkiej i krętej drodze do kariery”. Pytani o receptę na sukces odpowiadają z ujmującą szczerością: Wystarczy po prostu być w odpowiednim miejscu i czasie - oraz wykorzystywać nadarzające się okazje. Trzeba przyznać, że z tego zadania panowie wywiązali się mistrzowsko. Ich historia przypomina typowy “american dream” - do tej pory niektórym trudno uwierzyć, że tak potoczyły się ich losy. Ament miał aspirację do zostania dentystą i pewnie byłby nim dzisiaj, gdyby nie mdlał na sam widok krwi. Schulzowi z kolei marzyła się  profesjonalna gra w baseball - do tego stopnia, że aby występować w barwach szkolnej drużyny zapisał się do college’u i studiował chemię, której nienawidził. Obaj poznali się na zajęciach z teorii koloru na uniwersytecie w Montanie, a następnie w ramach programu stypendialnego wyjechali do Amsterdamu, gdzie przez rok studiowali grafikę projektową. Według relacji znajomych duet Ament-Schulz oznaczał niekończące się pasmo kłopotów. Miarka przebrała się kiedy we dwóch zostali zatrzymani podczas podróży po USA ze sfałszowanymi dowodami tożsamości z odręcznie narysowaną pieczęcią stanową.

Mniej więcej w tym samym czasie starszy o 9 lat brat Barry’ego, grający na basie Jeff Ament, wraz ze znajomymi zakładał w Seattle swój kolejny zespół. Formacja tym razem miała nazywać się Pearl Jam, a tworzyli ją muzycy grający ze sobą w wielu wcześniejszych grupach. Warto w tym miejscu wspomnieć, że u progu swojej kariery Pearl Jam był zespołem całkowicie samowystarczalnym jeśli chodzi o kwestię projektowania. Wokalista Eddie Vedder wymyślał wzory t-shirtów, a spod ręki Jeffa wyszła okładka pierwszej płyty “Ten”. Sytuacja skomplikowała się nieco, kiedy ów debiutancki krążek dwunastokrotnie pokrył się platyną. To, co się działo potem, łatwo przewidzieć. W miarę jak rosła popularność zespołu, jego członkowie musieli znaleźć kogoś zaufanego, kto weźmie na siebie całą pracę graficzną. I tak Jeff ściągnął do pomocy Barry’ego, a Barry - Coby’ego. Tym oto sposobem, w 1994 roku, dwaj dobrze zapowiadający się, młodzi graficy przyjęli nazwę Ames Bros - i pełną odpowiedzialność za projekty gadżetów reklamowych kapeli, która wkrótce miała podbić świat.

Kiedy zaczynaliśmy, plakaty były w centrum zainteresowania samego zespołu, który chciał każdy ze swoich koncertów traktować indywidualnie - tłumaczy Coby Schulz. - Dla nas była to wymarzona sytuacja. Przecież wiadomo, że jeśli interesuje cię i muzyka i projektowanie, to prędzej czy później dojdziesz do wniosku, że tworzenie plakatów to najlepsze, co cię może spotkać. To oczywiste!* Perspektywa bycia ikoną designu, jak Art Chantry czy Hank Trotter przypadła Coby’emu i Barry’emu do gustu. Od tej pory każdy koncert traktowany był jako odrębne wydarzenie muzyczne, na którego potrzeby w pracowni Ames Bros powstawał plakat “jednorazowego użytku”. W sumie uzbierało się ich dziś ponad pół tysiąca. Drukowane w niewielkim nakładzie, najczęściej w technice sitodruku miały za zadanie informować o koncertach w danym mieście - i znikać następnego dnia. Jednak wbrew oczekiwaniom samych twórców stało się inaczej - plakaty urosły do rangi dzieł sztuki i stały się znakiem rozpoznawczym duetu. Nikt już nie myśli o nich jako o drukach reklamowych - to białe kruki, licytowane na specjalnie w tym celu tworzonych stronach internetowych. Artyści do wszystkich tych pomysłów podchodzą z dystansem. - Kiedy zespół grał masę koncertów i codziennie potrzebował nowych ogłoszeń - wyjaśnia Barry Ament -  mieliśmy mnóstwo pracy. Wykorzystywaliśmy co nam akurat wpadło do głowy. Wiadomości w telewizji, politykę, codzienne sprawy. Nie chcieliśmy, żeby plakaty żyły swoim życiem. Niektóre z nich są absurdalne, inne śmieszne, jeszcze inne się zdezaktualizowały  -  o większości zwyczajnie zapomnieliśmy. Poza tym uważam, że skoro powstały na potrzeby szczególnego wydarzenia, nie powinny być powielane, reprodukowane w nieskończoność. Moim zdaniem jeśli ktoś nie był na koncercie promowanym przez dany plakat- ten plakat nie jest dla niego. Tak myślę.

Jeśli chodzi o technikę wykonania - twórcy starali się nie ulegać żadnym ograniczeniom. Większość projektów powstaje na kartce papieru, w tradycyjny sposób - Nie jesteśmy wrogami komputera. Często wykorzystujemy oprogramowanie graficzne w postprodukcji. Staramy się jedynie stworzyć sobie najbardziej komfortowe środowisko pracy. No i mamy swoje przyzwyczajenia. Faktycznie - patrząc na przekrój twórczości Ames Bros widać, że rozpiętość pomysłów jest ogromna, ale jednocześnie naznaczona własnym stylem. Od razu wpada w oko przemyślana kolorystyka i złożona kompozycja obrazu, a także to, że artyści jak ognia unikają posługiwania się gotowymi fotosami. Ta oryginalność i ornamentyka sprawiają, że grafiki Ames Bros często znajdują uznanie wśród klientów salonów tatuażu. Zwłaszcza, jeśli ci ostatni są fanami Pearl Jam. To zabawnejako dzieciak projektowałem tatuaże swoim kumplom, a dzisiaj, kiedy wydawało mi się, że skończyłem z tym na dobre i robię zupełnie coś innego - ktoś zaczepia mnie na ulicy i okazuje się, że ma całe ciało pokryte wzorami z naszych plakatów. Historia jednak zatacza koło. - dziwi się Barry Ament -

Przez lata Barry i Coby wypracowali sobie pełną niezależność i swobodę twórczą - Do dzisiaj Vedder, Ament i Gossard podrzucają Ames Bros np. swoje propozycje nadruków na T-shirty - wyjaśnia Coby Schulz - Jednak coraz częstsza jest sytuacja, że zespół po raz pierwszy widzi plakat dopiero przed koncertem. Albo nie widzi go wcale. Często podróżujemy wraz z Pearl Jam - prowadzimy sklep z gadżetami. Ale jednocześnie każdy z nas ma swoje obowiązki i czasami nie mamy ze sobą kontaktu przez wiele tygodni. Wtedy potrzebne jest zaufanie i cieszę się, że zespół dał nam wolną rękę.

Pytany o to, czy prowincjonalne wychowanie w jakiś sposób wpłynęło na jego późniejsze życie, Barry Ament uśmiecha się szeroko, znając obiegową opinię na ten temat. - Tak, wiem, panuje przekonanie, że aby coś osiągnąć trzeba urodzić się w wielkiej metropolii - że wszyscy inni są z miejsca przegrani. Cóż mogę na to odpowiedzieć? Big Sandy w Montanie, było praktycznie odizolowane od świata. Żeby wysłać list czy kupić gazetę trzeba było jechać do Great Falls czy Hevre.  Ale może właśnie dzięki temu moje dzieciństwo było  tak beztroskie - cały dzień spędzałem z Jeffem i kumplami na rowerze czy deskorolce, wracając do domu dopiero na kolację. Poza tym, cokolwiek robiłem nie odczuwałem presji ze strony nauczycieli, rodziców, środowiska. Nikt nie wpajał mi kim mam być w przyszłości, że może zamiast rysować “lepiej iść na dodatkowy kurs matematyki”. Ludzie ze sobą nie konkurowali, nie chcieli niczego na siłę udowadniać. Byłem znany jako “chłopak od rysunków” i to sprawiało, że czułem się doceniany, chciałem dalej się rozwijać. W Seattle byłbym pewnie tylko jednym z czterdziestu “chłopaków od rysunków” i w pewnym momencie odechciałoby mi się w to bawić. Bo co w tym szczególnego?

Sam mam dzieci i widzę, że w dzisiejszych czasach wymaga się od nich wcześniejszego dorastania. Różne zagrożenia wiążą się z większą ilością ograniczeń. I obowiązków. Łapię się na tym, że im starszy jestem, tym bardziej doceniam Montanę. Kiedyś uważałem ten stan za najbrzydszy, najbardziej płaski, pustynny i nudny punkt na mapie USA. Z perspektywy czasu wydaje mi się raczej bezpiecznym inkubatorem, który wspominam z sentymentem. Poza tym mój wspólnik jest z Montany, mój brat jest z Montany. To są wspólne korzenie, podobne myślenie. Wierzę, że dzięki temu od tylu lat udaje się nam wszystkim robić swoje bez większych nieporozumień.

Patrząc na listę osiągnięć Ames Bros trudno nie przyznać Barry’emu racji. Wydawnictwo Taschen umieściło ich na liście stu najbardziej wpływowych projektantów świata. Uczelnie artystyczne i korporacje na wszystkich kontynentach zabiegają o ich wykłady na temat designu. Mają własną linię ubrań - i ciągle współpracują z Pearl Jam…ale też z Coldplay, Linkin Park, Snoopy Doggiem, The Strokes, Foo fighters i Radiohead. Trzy lata temu ulegli wreszcie prośbom Ten Clubu i wraz z zespołem wydali ekskluzywny album Pearl Jam vs Ames Bros: 13 Years of Tour Posters zawierający wybrane plakaty koncertowe wraz z komentarzami artystów. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w głowach dwóch braci, jeżdżących na deskorolkach po pustkowiu. Jeśli po opublikowaniu tego artykułu zaobserwujemy masowy eksodus grafików i muzyków do Big Sandy w Stanie Montana, będziemy wiedzieć co jest tego przyczyną. Lepszej reklamy niż bracia Ament to miejsce nie mogło sobie chyba wymarzyć.

Łukasz Smutek

*Wypowiedzi Ames Bros pochodzą z wywiadów udzielonych Patrickowi Douglasowi i Nicolle Brodeur z dziennika Seattle Times.

Podziel się